Menu

Dzieci Piekła

Co mam tu pisać sam lepiej zobacz o czym jest blog...

Monolog Śmierci ~ UMIERANIE

psyhopat

 
Co kończy życie? Błagam, nie mów, że śmierć! To takie banalne… Nie, życia nie kończy śmierć – przynajmniej nie twoja. Innej osoby. Kiedy jesteś lekarzem myślisz, że to cię już nie rusza – w końcu nie jedną śmierć już widziałeś. Wiesz, że to paskudna sprawa. Ludzie wywlekają swoje stare sprawy, żegnają się z bliskimi – znaczy, ci którzy mogą. No bo jak cię na przykład staranuje tir na przejściu dla pieszych. Zginiesz, zanim zdążysz naprawdę umrzeć. 
Dla większości ludzi umieranie zaczyna się wraz z wiadomością o śmierci. Przynajmniej w szpitalu. Przykro mi. Umierasz. Choroba jest zbyt silna. Nie pokonasz jej. 
Dla innych, jak dla mnie nieszczęście – i śmierć – zaczyna się wraz jakimś wydarzeniem. Dla zgwałconej dziewczyny właśnie to jest początek. Dla sportowca koniec kariery. Dla matki utracone dziecko. Dla mnie – utracona sprawność, miłość, wiara w życie. I dalej tak jest. Przez pewien czas jednocześnie żyłam i umierałam – stan zawieszenia. Jak dla chorego na nowotwór czas remisji. Teraz to się skończyło – życie. Straciłam wszystko i oddałam się w czułe ramiona śmierci. 
Jak bardzo chciałabym powiedzieć, że śmierć kończy płaska linia na monitorze – nie mogę. On nie był podłączony do monitora, nie mogłam tego zobaczyć, tej ciągłości, pustki, nie zakłóconego niczym spokoju. Nie mogłam usłyszeć dźwięku śpiewającego o końcu. Umarł. W najlepszy możliwy sposób. Jego remisja trwała długo – niespełnione marzenia, wszystkie, oprócz tych o karierze – ale w końcu dobiegła końca. Mogę jemu tylko pozazdrościć. Okres jego śmierci był krótki. Trwał kilka sekund. Tak, tak, zgadłeś. Wcześniej nie wspominałam o tirze przypadkiem. Własnie tak skończył – bardzo prozaicznie, nie powiem. 
Przyznaję, wolałabym coś bardziej dramatycznego, go przykutego do łóżka, widzącą moją rozpacz nad tym co się dzieje, niespełnioną miłość, niemy krzyk rozpaczy w chwili śmierci. Nic z tego. Nawet to nie było nam dane. Odszedł. Po prostu. Całe to gadanie o sztuce umierania, o godnej śmierci – kompletna bzdura! On nie miał tej szansy. I nigdy się nie dowiem, czy w tych kilku setnych sekundy przed śmiercią myślał o mnie. Nigdy mi tego nie powie. Ja nigdy się jego nie zapytam. No, chyba, że znudzi mi się rozmowa z tobą. Wtedy może zajrzę do tej szuflady, spojrzę jeszcze raz na jego twarz. 
Wiesz, chyba dopiero teraz zrozumiałam, że to koniec. Że jego już nie ma, że nigdy nie zagoni mnie do przychodni, że ja nigdy od niego się nie schowam. Skończyła się jego gra. I wcale nie dotarł do mety. Wypadł z toru, zrzucił planszę ze stolika, rozsypując pionki, kostkę. Przegrał na loterii życia. 
Ja przegrałam. Ale jak to mówią że bez statystyki nie wygrasz – ta jedna pozostaje niezmienna: jedna śmierć przypada na jednego człowieka. 
Teraz wiem. Skończyło się. Ja się skończyłam. Kiedy jego pionek uderzył o podłogę, roztrzaskując się na kawałki – mój uderzył zaraz za nim.
Kiedy powiedziałam, że idę tu zrobić ci sekcję nikt mi nie uwierzył. Wszyscy sądzili, że idę do niego. Właściwie dobrze sądzili. Ale nie mam zamiaru im tego mówić – ty tez nie mów. Sami się domyślą. 
Nie będzie żadnych dramatycznych efektów. Umieranie trzeba zakończyć – nie można ciągnąć tego w nieskończoność. 
Jestem znudzona moją wędrówką. Bo wiesz, teraz, kiedy zrozumiałam, że wszystko mogło być inaczej, mogłam być szczęśliwa – on też – ale z tego zrezygnowałam. Nawet gorzej – nie odważyłam się spróbować. Cóż, pech. 
Teraz nic z tym nie zrobię. Trochę na to za późno. 
On nie żyje – ja też. Taka prosta reakcja. Życie niespełnione, przepełnione bólem i goryczą, przekreślonymi planami i marzeniami, zapomniane przez miłość i nadzieję. 
Koniec zbliża się wielkimi krokami. Nie przeszkodzą mi w tym. Nikt nie przeszkodzi. 
Ty też nie. Bo wiesz – teraz nie mam po co żyć. Czy właściwie kiedyś miałam? Ty to rozumiesz. Twoja pasja też straciła znaczenie, wobec śmierci, która nadeszła i zabrała cię ze sobą. Udowadniając i tobie i mi, że nie mamy nad nią żadnej władzy.                              Ta pokraka w czarnym kapturze dała mi nauczkę – mogę walczyć z nią codziennie, ratować pacjentów, wydzierać ich z jej zimnych palców. Nie mogę zrobić jednego – zmienić jego decyzji. On umarł. I ja tego nie zmienię. Nie zrobię już nic. Oprócz udowodnienia śmierci, że nie tylko ona decyduje. Ja też. Śmierć… to ucieczka. Jedyny sposób pozwalając uwolnić mi się od życia, którego nie chcę, nie potrzebuję. Do czego jest mi potrzebne teraz? Kiedy cel już się skończył, kiedy skończyła się pasja? 
Idę. Zanim zmienię zdanie. Zobaczę go jeszcze raz, a potem… Potem się zobaczy. Aha i wesz… Do niezobaczenia. 



Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • krzysztof213

    *I widzis piszes dla siebie
    Pozdrawiam bo to smutne ale prawdziwe
    Tak to wygląda ze smutek nie łatwo ogarnąć

© Dzieci Piekła
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci